Etykiety

piątek, 8 kwietnia 2016

EVEREST BASE CAMP | Jorsalle (2740m) - Namache Bazar (3440m) dzień 6


Wstajemy dość późno ale to ma być luźny dzień, więc bez spiny. Na śniadanie po kawie, dla mnie omlet z serem (200RPI), dla Jubego 2 jajka sadzone, chapati z masłem (które okazuje się być smalcem) i miodem (który okazuje się być palonym cukrem) (400-500RPI). Ruszamy o 10:30.



Szybko pojawia się most, a potem kolejny co nie jest najlepszym początkiem dla Jubego, którego mosty i wysokość przerażają. Po ok 2h dochodzimy do podejścia do Namache Bazar. Podejście, to pół kilometra w pionie, ma nam zająć jakieś 3h.




Wchodzimy, co tu ukrywać - jest na prawdę ciężko. Ja chyba walczę bardziej głową niż mięśniami. Juby zapewne wyklina mnie w myślach, że go tu zaciągnęłam. Po kilku godzinach przychodzi nagroda - punkt widokowy M. Everest View :) Nie mam wody, konam z pragnienia na szczęście pojawia się źródełko. Nalewam, tabletka, ciach. W sumie nie takie ciach bo umieram z pragnienia, a woda będzie gotowa za godzinę. Jem batona i stwierdzam, że mam gdzieś dezynfekcję wody, piję co jest.

Spotykam tam Polaków mieszkających w Teksasie, którzy idą z przewodnikiem i tragarzem. W ogóle wszyscy tutaj idą z przewodnikiem i tragarzem, prócz pojedynczych wysokich, wysportowanych, brodatych mężczyzn, cała reszta idzie z małymi plecakami i porterem. W każdym razie dzięki temu spotkaniu dowiaduję się, że właśnie tutaj można zobaczyć Everest. Dłuższą chwilę trwa dyskusja, który to Everest, z Polako-Teksańczykiem od początku obstawiamy jedną z opcji, trzymamy jej się do końca, rozkrzyczana Polko-Teksanka co chwila wprowadza zamęt, nie mogąc zrozumieć który to Everest, co rzeczywiście do końca może nie być łatwe bo co chwila zachodzi chmurami. 


Mija 30 min, dochodzi ledwo żywy Juby, Polko-Teksanka wciąż nie wie ale chyba już nikt nie ma siły jej tłumaczyć. W każdym razie Juby ledwo żywy, nie dziwię się, nawet ja dostałam mocno w kość. Problem z wodą pojawia się też u niego na szczęście moja już w miarę gotowa więc jakoś się ratujemy.


Po 30 min ruszamy dalej. Wspinam się jeszcze przez godzinę. przed wejściem do Namache (3440m) zatrzymuje mnie tylko budka z kontrolą TIMS Card. Pokazuje załatwiam wszystko. Czekając na Jubego zapalam papierosa, nagle leci do mnie policjant. Myślę sobie oho! właśnie złamałam pewnie jakiś regulamin Sagramata National Park, deportacja będzie nieunikniona. Okazuje się, że policjant jest strasznie rozradowany. Kobieta, idąca samotnie, z plecurem i do tego paląca papierocha jest widokiem niespotykanym i chce zrobić mi zdjęcie, jak palę tego fajka. Instruuje mnie, że teraz mam się zaciągnąć, że coś. Nie mam nic innego do roboty więc pozuję i zaciągam się zgodnie ze wskazówkami.


Po 20 min dochodzi do mnie Juby, a policjant jeszcze bardziej uradowany. Śmieje się do niego, przytula, klepie po brzuchu nawet nie każe mu schodzić po schodkach do drugiego policjanta, żeby pokazał TIMS tylko leci za niego. Pamiątkowa fotka idziemy dalej.


Po 15-20min wchodzimy do Namache, Juby mówi, ze bierzemy pierwszy pokój, ja się upieram że jeszcze nie weszliśmy do końca do miasta i tylko kilka kroków zostało i poszukajmy czegoś fajnego. Juby znowu nienawidzi mnie nienawiścią pierwszą i najczystszą. W końcu znajduję Kondge View Lodge z przecudowną właścicielką. 200RPI za noc - bierzemy! Jest hot shower (300RPI), którego i ja dzisiaj potrzebuję. 

 

Aaaa, no właśnie Juby korzysta z prysznica codziennie i nie opowiedziałam jeszcze jego przygód. Pierwszego dnia chwilę przed nim wbiła się właścicielka zrobiła pranie i tyle było z hot shower. Drugiego dnia również miał być hot shower. Juby poszedł do jakiegoś blaszaka na dworze, rozbiera się i hot, ani trochę hot. Więc leci w tych gaciach do właściciela, pół wsi go podziwia, że hot wcale nie hot. Na co właściciel odkręca butlę z gazem na której właśnie gotuje zanosi do blaszaka i podłącza - już hot. No i rzeczywiście hot. W każdym razie w Namache prysznic za 300RPI okazuje się na prawdę hot, prawie w całości. Tzn woda dolatując do piersi jest gorąca, gdy spływa po udach robi się zimna, przy kostkach jest lodowata. Nie ma co narzekać włosy czyste, ciało czyste robi się przyjemnie. Schodzimy na jedzenie.

Wybieramy 2xmomo z warzywami (2x350RPI), potem okazuje się to były najlepsze momo, jakie zjemy, na prawdę palce lizać, do tego postanawiam zaszaleć i biorę Sherpa Wine (350RPI), proszę o podgrzanie, mam ogromną ochotę na ciepłe, czerwone, dobre wino. Sherpa Wine okazuje się do końca nie wiem czym. To jakieś podłe wino ryżowe, czy spirytus z wodą, podane w plastikowej butelce po wodzie, nie mam pojęcia co to ale daje dużo radości i co najważniejsze trochę rozgrzewa, a tego mi trzeba było najbardziej w szczególności że siedzę w zimnie z mokrymi włosami. Wypijamy Sherpa Wine i zaczyna ściskać żołądki na jakąś pizzę, jakiś serek smażony, rozpuszczony, więc bierzemy na spółę pizzę tuńczykiem (550RPI), która z kolei okazuje się malutka ale potrzeba załadowania się serem (i to nie byle jakim bo z jaka) spełniona. 

 


Na górę zabieramy medium pot hot water (400RPI), wcinam jeszcze dwa gorące kubki bo raz, że gastrofaza, a dwa cała się trzęsę i muszę jakoś rozgrzać, zawijam się w śpiwór i kołdrę i w końcu robi się lepiej. Juby wcina jeszcze budyń. 

Miałam dzisiaj przeprać ubrania ale jestem tak wyziębiona, że nie dam rady zanurzyć nawet palca w zimnej wodzie. Juby wcześniej dogadał się z gospodynią, że upierze jego ciuchy, w końcu dorzucam swoje brudy do jego. Wychodzi 80RPI za sztukę ubrania.

Ok. 20 padam.

Tradycyjnie pobudka następuje o 23, nie mogę zasnąć wiec czytam, piszę, kręcę się (oczywiście w obrębie łóżka, żeby nie wychylać za dużo ze śpiwora) w końcu usypiam ok. 2. O ile wcześniej w ogóle nie czułam wysokości teraz pulsują mi zatoki, czuję się jakbym miała gorączkę, jest mi gorąco i zimno. Idę do łazienki po 10 metrach łapię ogromną zadyszkę. Nie jest dobrze jutro choćby skały pękały nie zwiększamy wysokości, zostajemy na dzień aklimatyzacji. 


Budzę się o 3:30, powtórka z rozrywki. Obiecuję sobie, że kolejnego dnia jeszcze mocniej pilnuję picia wody, żeby choroba wysokościowa nas nie dopadła i ani kroku dalej.

czwartek, 7 kwietnia 2016

EVEREST BASE CAMP | Phakding (2610m) - Jorsalle (2740m) dzień 5


Z zupki o 20 nic nie wychodzi, za to snickers o 23 ratuje życie. Jemy, idziemy dalej spać.

O 6 dzwoni budzik, udaje nam się zwlec z łóżek dopiero o 7, po ok. 17h snu na prawdę nie jest to łatwe, a najgorsze wyjście ze śpiwora. W końcu się zbieramy. Poranna toaleta, o 8 idziemy na śniadanie. 2 jajka sadzone, kilka smażonych ziemniaków, 2 tosty, kawa, ciepły mango juice (2x500RPI). O 9 wyruszamy.


Dramat! Nie mogę zrobić kroku, od ciężaru plecaka nie da się oddychać. Przechodzę na małe wdechy ale i tak każdy powoduje taki ból jakby za chwilę miało mi rozsadzić płuca. Po 15min zaczynam radzić sobie z krótkim oddechem ale wzięcie głębszego jest wciąż niemożliwe. Po 30min robi się lepiej, do tego wychodzi słońce, rozgrzewa wszystkie kończyny. Uśmiech wraca na twarz, znowu robi się pięknie.


Góry, rzeka, wodospad, mosty. Pięknie. Pogoda cudowna, słonko znowu praży (zdecydowanie jestem ładowana na baterie słoneczne). Na wszelki wypadek smaruję się 50, później patrząc na Jubego, który zrezygnował z kremu wiem, że była to świetna decyzja.


Dzisiaj dużo więcej podejść, a właściwie wspinaczki po kamiennych blokach. Dla mnie bardzo dobrze bo kolano przy podejściach nie boli, nogi mam silne, z oddechem daję już sobie radę całkiem sprawnie. Juby umiera.


Robimy przerwę w Bangkor - batonik, nabieramy wody, która spływa z gór, aż kusi żeby pić ją wprost bez oczyszczania ale na wszelki wypadek... Java Aquel. Podczas przerwy zmieniamy plan, nie idziemy dzisiaj do Namache Bazar. Przeraża nas 0,5km podejście (0,5km w pionie) po 8h dużego wysiłku. Będziemy nocować w ostatniej wiosce przed Namache Bazar, a jutro pełni sił uderzymy do góry.



Idziemy dalej, zatrzymuje nas kontrola, musimy kupić TIMS Card. Niby to dla naszego bezpieczeństwa ale moim zdaniem to dodatkowy "podatek" z drugiej strony niech te Himalaje mają coś od nas skoro je eksploatujemy. Płacimy $25 (TIMS Card mogliśmy załatwić wcześniej w Katmandu za $20 ale woleliśmy inaczej spędzić ten czas).

Idziemy dalej, wejście do Sagramatha National Park, z tego co czytałam wejście kosztuje 1000RPI, a tu zonk okazuje się, że taka opłata owszem była ale jakieś 5 lat temu, teraz musimy zapłacić 3400RPI. Jak mus, to mus płacimy i idziemy dalej.


Juby ledwo przebiera nogami, ja mam jeszcze zapas na jakieś 2h marszu, jednak ostatnie zejście dobija moje kolano, robi się zimno, też powoli tracę siłę. Z założenia mieliśmy nocować w Lorii, jednak Pan przy sprawdzaniu TIMS powiedział nam, że ostatni opcja noclegu, to Jorsalle. Po 30min dochodzimy. Całość zajęła nam 5,5h.


Jak dzień wcześniej w pierwszym domku najdroższe jedzenie. Wszędzie noclegi są po 200RPI (double), różnica pojawia się w cenach jedzenia, a musisz jeść tam gdzie nocujesz. Zostawiam Jubego lecę na koniec wioski, załatwiam nocleg za darmo - bierzemy.

Szybko przebieramy się w suche ciuchy, bierzemy wodę z kranu, wrzucamy tabletkę, za godzinę będzie gotowa. Lecimy na jedzenie. Na początek small pot ginger tea (350RPI), ja wybieram Nepal Set Veg (400RPI), Juby mixed noodles veg. Objadamy się jak bąki, trochę kręcimy, bierzemy na górę small pot hot water i padamy o 18.


Pierwsze przebudzenie o 23. Na szczęście część wrzątku przelałam do bidonu tak na wszelki wypadek, żeby było na zupkę chińską podczas nocnego głodu. Juby szybko mnie wykiwuje i robi zupkę pierwszy (a mamy jedną miskę), potem kolej na mnie. Nareszcie tak wyczekana zupka!


Fuuuu!!!

Czekałam na nią dwa dni okazuje się okropna, kwaśna, do tego zalana letnią wodą. No cóż trzeba to dopracować.


To by było na tyle. Na jutro zarządzam dojście do Namache Bazar (3-4h) i odpoczynek. Trochę boję się czy nie zrobiliśmy błędu z zostaniem na 2800m, powinniśmy już dzisiaj być na 3400m i przez dwa dni zdobywać aklimatyzację. Ale decyzja już podjęta, z resztą Juby nie dałby rady dojść, nic nie zmienimy, zobaczymy co będzie dalej.

środa, 6 kwietnia 2016

EVEREST BASE CAMP | Katmandu - Lukla (2840m) - Phakding (2610m) dzień 4


Znowu nocne pogaduchy się przeciągają, gdy idziemy spać zostaje nam 3,5h odpoczynku. Juby nie śpi całą noc, ja co chwila się budzę w końcu wstajemy o 4.

Dopakowanie, toaleta. Oddzajemy w recepcji rzeczy, które zostały po wczorajszym przepaku. Zostawiamy jakieś 5kg + 2kg śpiwór Jubego z zamiarem kupna lżejszego, mniejszego, takiego który zmieści sie do plecaka.

O 4:30 przyjeżdża dzień wcześniej zamówiona taksówka. Umówiliśmy się na 1000 RPI, bo bardzo rano, bo ciężko kogoś znaleźć, bo to, bo tamto. I nagle pojawia się pytanie czy odlatujemy z tego samego lotniska na które przylecieliśmy. Trochę późno na takie refleksje ale w końcu udaje nam się dogadać z taksówkarzem, że do Lukli, że po górach, Moun Everest, wie co robić.

Dojeżdżamy do jakiegoś ogromnego hangaru. Ciemno, zimno, wilki jakieś, żywej duszy nie ma. Nagle nasze plecaki lądują na wózku, czy chcemy czy nie już jadą na lotnisko z jakimś obcym facetem, który raczej nie wygląda na obsługę lotniska. Może i całe szczęście bo bez tego nie mielibyśmy pojęcia gdzie iść. Wchodzimy do hangaru po którym biegają zapchlone psiaki, chcące odebrać nam kanapki i jakaś para. Pan od plecaków zdejmuje je z wózka, wyciąga rekę i dostaje 5RPI, wykłóca się, że to nawet na herbatę nie starczy. Olewamy.


Dziwne to miejsce, jak z jakiegoś filmu i niekoniecznie komedii. Czekamy jeszcze godzinę, zaczynają się schodzić ludzie. Większość wycieczek zorganizowanych więc przewodnicy wiedzą gdzie się ustawić, którędy pchać. Nam się nie chce pchać więc spokojnie czekamy i obserwujemy.


W końcu otwierają się jakieś drzwi i na dzień dobry skanowanie bagażu. Tracimy dwie butle z gazem. To niesamowite przeleciały z nami pół świata, a zabierają nam je na 30min locie krajowym. Próbujemy się dogadać, dać w łapę - bez skutku. Potem tracę jeszcze dwie zapalniczki.

Znajdujemy stanowisko Tara Airlines, załatwiamy bilety, ważymy bagaż. Jubego waży 13,8kg, mój 14,4kg ale mam jeszcze jakieś 2,5kg w podręcznym. Uczciwie kładę go również na wagę, na szczęście Juby reaguje szybko że jestem łosiem, bo limit 15kg przecież, więc szybko kitram podręczny.


Lekkie opóźnienie - czekamy na dobre warunki pogodowe. W końcu wsiadamy do busa i jedziemy do awionetki. Dojechaliśmy, czekamy i taki obraz przed nami. Wychodzi pilot i ręcznie sprawdza stan samolotu. Czy się śmigła kręcą, nogą czy powietrze w oponach, staje na palcach czy klapy przy skrzydłach się unoszą, trochę to przerażające. Do tego widok dopełnia stewardessa przeżegnująca się przed wejściem do samolotu.


Wsiadamy, dostajemy watę do uszu, cukierka do buzi, lecimy. Wszystkie relacje wskazywały na to, że to test bojowy dla wyjazdu ale wcale nie. Nie rzuca mocno, wszystko idzie sprawnie. Po lewej cudowne Himalaje, zaskakuje tylko bliskość mijanych gór. Po wylądowaniu bierzemy plecaki i tutaj pojawia się pierwsze zagadka - w którą stronę? Myślimy, rozważamy przez pół godziny idziemy z dużą dozą niepewności, potem już zaczynam kojarzyć z wcześniej oglądanych filmików poszczególne miejsca - jesteśmy na dobrej drodze. Znajdujemy słynnego Starbucksa, wchodzimy na chwilę bo to ostatnie miejsce z wi-fi. Szybkie wiadomości do bliskich i w końcu ruszamy.


Jest pięknie, widoki jak z opakowań czekoladek tylko w 5D. Pogoda rewelacyjna, praży słoneczko. Juby idzie w krótkich spodenkach i rękawku, ja w cienkich długich spodniach i bluzce termicznej. Ale oprócz tego, że pięknie okazuje się, że trasa jest badzo ciężka - nie spodziewałam się, że aż tak. Że w górę, w dół - ok to w końcu góry ale prawie cały czas po kamieniach, tak więc rytm kroku nie wyznacza się naturalnie, a trzeba stopę stawiać tam gdzie stabilny kamień. Do tego po pół godzinie do zmagań dochodzi kolano. Po płaskim jest ok, pod górę ok ale przy zejściach zdycham z bólu. Ogromny plecur też robi swoje, powinien mieć jakieś 5kg mniej. Pod koniec trasy założenie plecaka graniczy z cudem, mam tak straszliwie obite obojczyki, że nie mogę się dotknąć, co chwilę sprawdzam czy ogromne siniory na barkach już mi wyszły czy jeszcze muszę chwilę poczekać.



W końcu dochodzimy do Phakding, wchodzimy do pierwszego guest house ale nie podobają mi się ceny jedzenia, ostatkiem sił idziemy dalej. Wybieramy w końcu Sherpa Eco House, jest ok 200RPI/double. Wpadamy do pokoju, Juby idzie się myć (300RPI), a ja mimo tego że jest 11:30 padam jak zabita.

Po 2h budzi mnie Juby cały się trzęsie wymarznięty. Brak jedzenia, snu, wysiłek zrobiły swoje. Mnie też trochę telepie więc schodzimy na dół na coś ciepłego do picia. Zamawiamy small pot hot lemon (ok 6 szklanek - 300RPI) i 2x veg momo (2x300RPI), chyba jednak się nie dogadaliśmy bo dostajemy 1 porcję ale to nam wystarcza. W międzyczasie gospodarz rozgrzewa kozę po środku pomieszczenia (do której zlatuje się chyba pół wioski), częstuje nas ichniejszym przysmakiem czyli spalonymi ziarnami kukurydzy, starając się nie połamać zębów chwalimy. Rozgrzewamy się - jest znowu dobrze. Zamawiamy jeszcze medium pot hot water (250RPI - 10 szklanek) i zabieramy do pokoju, żeby zrobić sobie kisiel, budyń - świetna sprawa, z reszty wody herbatę.


Za oknem leje jak z cebra, trochę nas to przeraża no bo jak po śliskich kamieniach w deszczu ale okazuje się, że to norma i jutro ma świecić słońce. Pytamy właściciela ile nam zajmie jutrzejsza droga - 8-9h do Namache Bazar. Postanawiamy, że ruszymy o 7 ale obydwoje jesteśmy przerażeni tymi 8h, dzisiejsze 3,5h nas maksymalnie wykończyło.


Juby pada o 17:30, ja jeszcze biorę się za książkę. Umawiamy się, że o 20 jemy kolację - zupkę chińską.

niedziela, 3 kwietnia 2016

EVEREST BASE CAMP | Warszawa - Dubaj - Katmandu dzień 1-3

Ten wpis będzie chyba najmniej porywający z całej wyprawy, przyznam że najchętniej bym go ominęła ale wewnętrzna potrzeba poukładania i zachowania chronologii nie pozwala. :) Tak więc pokrótce kilka najważniejszych informacji aby móc przejść do tego co najciekawsze. :)

1. Warszawa - Dubaj 05.04.2016
 

Podróż, to podróż. Jak chyba wszyscy podróżujący z ogromnym podekscytowaniem spotykamy się na lotnisku z ekipami wspierająco - pożegnalnymi. Obydwoje z Jubym przestępujemy z nogi na nogę chcemy już siedzieć w samolocie, już być. Na lotnisku oczywiście okazuje się, że mój plecur ma jakieś monstrualne wymiary, no cóż tego można się było spodziewać. Opakowujemy plecury w folię spożywczą dla bezpieczeństwa, idziemy się odprawiać. Okazuje się, że jakoś zajęło nam to dużo czasu, odprawa zaraz się zamyka co więcej nie ma szans na siedzenie obok siebie. Pani jest trochę niemiła zarzuca nam, że przychodzimy jako ostatni po czym żądamy wspólnego siedzenia. Uśmiecham się do niej i mówię, że absolutnie niczego nie żądamy tylko uprzejmie prosimy, oczywiście jeśli jest taka możliwe. Pani mięknie, pyta czy mówimy po angielsku w razie ewakuacji po czym daje nam miejsca przy wyjściach bezpieczeństwa, co okazuje się świetną sprawą, bo przed nami nie ma siedzeń i możemy wyciągać nogi ile nam się podoba.


Trochę przyspieszamy bo powoli robi się final call, a my wciąż w jakiejś dziesiątej kolejce, w końcu się udaje, siedzimy. A właściwie ja siedzę, Juby głównie stoi bo się trochę nie mieści na swoim miejscu. Lot z Emirates bardzo miły. Szamka, drineczki, szmery bajery trochę szalejemy, potem oglądamy "Everest". 6h mija szybko.


2. Dubaj 05-06.04.2016

Juby zaplanował nam nocleg w Dubaju. Nie możemy się doczekać kąpieli w basenie na dachu hotelu po tak długiej podróży. W miarę sprawnie wychodzimy z lotniska, no właśnie i gdzie teraz iść... Nie chcemy brać taksówki bo hotel blisko ok. 2km ale z drugiej strony wiadomo jak wyglądają wyjścia z lotniska na pieszo. Wchodzimy na jakąś autostradę, trasę szybkiego ruchu, pokazuje nam że hotel to zaraz, zaraz ale nie mamy jak się do niego dostać bo same betonowe ściany. 

Po jakieś godzinie, półtorej dochodzimy. Cali mokrzy, zmęczeni, marzenie o basenie jeszcze większe. A tutaj... Basen czynny do 21 czy 22, a jest już po 24. Trudno. Siedzimy do nocy, gadamy, pijemy wódkę malinową z gorzką herbatą, cieszymy się ostatnim kontaktem z cywilizacją. Basen będzie rano.

W efekcie rano nie możemy się zwlec z łóżka, starcza nam tylko czasu na szybkie śniadanie i powrót na lotnisko.

3. Dubaj - Katmandu 06.04.2016


Niestety lot z Flydubai bez udogodnień takich jak w Emirates ciągnie się i ciągnie. Nie możemy już usiedzieć, próbujemy spać, czytać, kręcić się, ciagnie i się i ciągnie. Po ok. 5h lądujemy w Katmandu - witaj folklorze.
Gdzieś czytałam, że na lotnisku stoi się w ogromnych kolejkach po wizę, więc lecimy szybko żeby tego uniknąć. Stajemy w kolejce po 20min okazuje się, że najpierw musimy wypełnić jakiś kwitek i pójść zapłacić. Uzupełniamy, idziemy zapłacić gdzie stoimy kolejne 15min. Wracamy do tego samego okienka po 20min okazuje się, że teraz musimy pójść do jakiegoś automatu i to co wpisaliśmy na kartkach przepisać do komputera. Kolejna kolejka, kolejne 10min wpisywania na osobę, kolejny kwitek wracamy do pierwszego okienka. Po ponad godzinie mamy wizę (zapomniałam zabrać ze sobą zdjęcia ale okazuje się, że już nie jest wymagana).
Nigdzie nam się nie spieszy wychodzimy z lotniska, a tam mnóstwo taksówkarzy i naganiaczy za 1000 RPI dowiozą nas do hotelu. Twardo mówimy, że 500 RPI to maks w końcu po 20min negocjacji jedziemy za 600, czy 700. Podróż taksówką jest bardzo ciekawa. Juby ledwo się do niej mieści, ja nie do końca wiem czy mam trzymać drzwi, które zaraz się otworzą, czy może podłogę, która zaraz odpadnie. Finalnie decyduję się na drzwi co zdaje się było dobrym wyborem.

Dojeżdżamy do Khangsar Guest House, co też trochę zajmuje bo kierowca kilka razy po drodze próbuje dowiedzieć się gdzie to jest. Zostawiamy rzeczy lecimy coś zjeść, trochę szalejemy ale co - należy się nam i spać.



4. Katmandu 07.04.2016


Tutaj nie będę się bardzo rozpisywała, bo Katmandu ukazało swoją magię dopiero po powrocie z gór. Ten dzień to taki trochę administracyjny. Na dokupienie potrzebnych rzeczy, zrobienie zdjęć do TIMS Card. Rezygnujemy z załatwiania wszystkich formalności wcześniej, zakładamy że zrobimy to na trasie. Ostatnie przepaki, załatwiamy to co niezbędne, wałęsamy się, odpoczywamy, chillujemy po podróży, gubimy się dziesięć tysięcy razy co jest ciekawym wyzwaniem, gdy nikt nie kojarzy naszego hotelu. Jest fajnie, miło, ciepło ale nic nas nie rzuca na kolana. Dopiero poznajemy i głównie żyjemy jutrzejsza podróżą i wielkim pytaniem czy wszystko się uda. Bo gdzieś czytaliśmy, że trzeba potwierdzić odlot awionetką, że trzeba, że trzeba... A nam się trochę nie chce, trochę nie wiemy jak. Idziemy na żywioł. Wszystko okaże się jutro...


 

sobota, 30 stycznia 2016

Aaaaa, pogadaj sam ze sobą.


Pytania są ważne w moim życiu. Nie wiem czy tylko w moim, powinny być ważne dla każdego. Bo są takie, które mocno uderzają i karzą pomyśleć czasem wiele przepracować. Nie masz wyboru, gdy wybrzmi. Po prostu. Uderzy, błąka się po głowie, brzęczy. Musisz coś z nim zrobić.

Pytania pojawiają się zawsze. Pod warunkiem. Po warunkiem, bo zawsze musi być jakiś warunek. Pod warunkiem, że masz odwagę zapytać. Na przykład ostatnio wspomniane: Z czym byś się obudził jutro gdybyś obudził się tylko z tym za co dzisiaj byłeś wdzięczny. Robi wrażenie? Wciąż robi. I co więcej wymusza. Wymusza pracę. Bo gdy jesteś zmęczony, padnięty musisz znaleźć trzy rzeczy. Trzy fajne rzeczy (nawet jeśli bolesne), bo za nie wdzięcznym jesteś.

Ja strasznie dużo ze sobą gadam. I pytam się w kółko. Taaaak, jak ktoś nagle wejdzie bąkam pod nosem, że prezentację ćwiczę. Ale gadam bardzo dużo. I pytam. Pytam samej siebie. Bo potraficie spojrzeć w lustro i powiedzieć sobie. Cześć. ?

Cześć. Co u Ciebie? Tak do siebie tylko. Bo łatwo na ulicy gdy się spotka znajomego i łatwo znajomemu odpowiedzieć. Fajnie bo właśnie gdzieś wyjeżdżam, fajnie bo właśnie… Albo źle bo w pracy, bo w domu, albo źle bo właśnie…

Ale jak sobie samemu?

Cześć. Co u Ciebie? To nie można tak trywialnie odpowiedzieć. Trzeba pomyśleć chwilę.

Co u mnie?
Takie pytanie, to krok do przytulenia siebie samego.

No to pytam jako Twoje odbicie w lustrze. Cześć. Co u Ciebie?

Zapytasz bez uśmiechu? Spróbuj. Nie da się. No bo… co u Ciebie?

Miało być zupełnie inne pytanie. Zdaje się że niedługo otrzymam dyplom Mistrza Dygresji.

To jakie miało być pytanie główne?

Co byś zrobił, gdybyś się nie bał?

To pytanie na jutro.

No co bys zrobil?



środa, 20 stycznia 2016

Hello, it’s me I was wondering if after all these years (...)


Obiecałam sobie, że wystarczy gadania na temat nogi. Nie napiszę nic więcej dopóki nie zacznę biegać. Koniec. Do tego nałożyło się kilka innych rzeczy przy których w ogóle przestało mi się chcieć odzywać. Przy moim małomówieniu, niechęć do mówienia, prowadzi do komunikacji na poziomie niezbędnym do w miarę poprawnego funkcjonowania w społeczeństwie. Patrzyłam na tego bloga. Patrzyłam na stare posty, ile w nich było radości, walki i zacięcia. A teraz mi się nie chce odzywać. Bo też po co mówić jak się nic do powiedzenia nie ma. Takich blogów jest aż nadto. 

Aż do dzisiaj, dzisiaj nabrałam ochoty, może nie żeby mówić ale napisać, gdzieś te myśli muszą mieć ujście. 

Co u mnie? Nic. Czy biegam? Nie. Kiedy będę biegać? Nie wiem. Czy w ogóle będę biegać? Nie wiem.

I na tym właściwie mogłabym skończyć. Aczkolwiek wtedy Czytelnik (na prawdę szczerzę lubię gdy w przypisach do książki pada określenie Czytelnik, "dzięki temu Czytelnik łatwo może sobie wyobrazić...", to szalenie urocze), mógłby pomyśleć, że poszłam walnąć sobie w łeb albo w inny sposób dokonać samounicestwienia wybierając rozwiązanie trochę mniej inwazyjnie wchodzący w interakcję z kafelkami w łazience. Nie poszłam. Dycham.

Nie będę wdawała się w szczegóły bo wstępnych diagnoz było wiele. Jestem po kolejnych badaniach, po kolejnych próbach postawienia diagnozy, po kolejnych "to chyba jednak nie to". Od kolejnych siatek leków przeciwbolowych, przeciwazapalnych, na odbudowanie chrząstki, na nie będę przeklinać nie wiem co. Przez przewężenia w kanale kręgowym, ucisk nerwów, problemy z przepływem płynu rdzeniowego. Po pójście w kierunku mięśni z grupy kulszowo-goleniowych. Masaże, kinesiotaping, rehabilitacja, ćwiczenia i tak codziennie i tak w kółko. Efekty? Już nie boli na co dzień więc mogłam odstawić przeciwbólowe, to po dwóch miesiącach duża zmiana. Po taśmach uczucie stałego napięcia minęło. Ale biegać nie mogę. 3 minuty i wszystko wraca.

Czy wierzę, że to co robię coś zmieni? Nie wiem. Czy biorę pod uwagę myśl, że nie wrócę do biegania? Tak, ostatnio już tak.

Do tego siadają pozostałe rzeczy. Już właściwie nie mogę się dotknąć, żeby nie mieć siniaka. Żyły, żyłki, naczynia pękają od wszystkiego. Mój ostatni hit? Wylew w oku po tym jak mi wpadła do niego rzęsa. I wiem, że muszę iść do tego cholernego lekarza ale nie mam ochoty. Tak strasznie nie mam na to ochoty. Potrzebuję przespać miesiąc, ciągiem, wyjechać, odpocząć, chyba po prostu zmęczona strasznie jestem. Może jak odpocznę i z nogą będzie lepiej.

Nasilenie depresyjności tego wpisu osiągnęło tak wysoki poziom, że gdyby było mierzone termometrem już musiałabym zbierać rtęć z podłogi pamiętając, że trzeba to zrobić jakoś inaczej niż łapą kulki łapać. Wobec tego może od drugiej strony, co robię, a nie czego nie mogę bądź nie mam ochoty.

Pakieruje na pakierni i zamierzam zostać dzikiem w 2016r. Na początku nieśmiało tu rowerek, tu orbitrek (na którym ni cholery nie potrafię zbić tętna niezależnie od szybkości od 5 do 10km/h bije mi 180) ale potem Brat wziął mnie w obroty wszystko pokazał, wszystko wytłumaczył, wyznaczył co jak kiedy i jesteśmy pakierowymi friendsami. 
Obserwacje z siłki? Nogi mam bardzo silne. Aż się sama zdziwiłam. Brzuch... Akurat to muszę ćwiczyć, żeby wzmocnić podtrzymanie kręgosłupa i... ubóstwiam. Zawsze kochałam ćwiczyć brzuch. Boli, pali ale satysfakcja ogromna. No i ręce. O zmoro! Słabe flaki takie wiszą. Na niektórych maszynach nie zakładam nawet żadnego obciążenia. A dzień po dniu rąk... Jezu dziękuję za wspomaganie kierownicy.

Tak więc pakieruję. Jeden dzień nogi + brzuch, drugi dzień łapy + plecy ok 45 min. A potem aeroby. Orbitrek chce mnie zabić, rowerek za delikatny więc ostatnio upodobałam sobie bieżnię. Szybkim tempem pod górę, pot leci. Raz pochodziłam, drugi raz pochodziłam i tak sobie pomyślałam, a może by tak delikatnie pobiec. Nieeeee, bez sensu. Mam już taką blokadę, tak bardzo boję się kolejnego rozczarowania i bólu, że nie jestem w stanie się tego podjąć. Po kilku razach na bieżni zmieniłam buty na te do biegania. Odważyłam się dopiero za czwartym. Rozgrzałam wszystko tak ładnie jak nigdy, wrzuciłam wolne tempo ok 8min/km. Myślę sobie teraz już musi się udać. Tak dawno nie biegałam, z nogą wydaje się że lepiej, chodząc wytrzymuję coraz więcej. Pierwsza minuta z przerażeniem - jest ok, druga minuta obawy powoli mijają ale z drugiej strony wiem, że sukces będzie dopiero wtedy gdy przekroczę kilometr. Trzecia minuta, jest ok. Czwarta minuta nie jest dobrze, jest fatalnie. I znowu i od nowa.

Jak do tego podchodzę? O ile wcześniej byłam przerażona każdym mijającym tygodniem, wiedziałam że odbiera mi formę teraz wiem, że już jej nie mam. Będę ruszała kompletnie od zera. Roczne treningi mogę sobie wsadzić gdzie tylko mam ochotę. Od początku. Znowu, znowu, znowu.

Co jeszcze robię? Moja ostatnia miłość to squash (i ciekawe bo mimo szybkich zrywów, nabiegów, itd. noga daje o sobie znać dużo później). Polecam, polecam, polecam. Jest wesoło, jest na pewno lepiej niż na orbi, który zabić mnie chce, można  fajnie spędzić czas. W związku z wrodzoną pierdołowatością zrobiłam już sobie krzywdę i zakładam że niejedno zrobienie sobie krzywdy jeszcze przede mną, będę dawała znać.

Hmm..., podsumowując. Biegać się boję, na prawdę czuję niesamowity strach przed postawieniem biegowego kroku. Paraliż, a momentami wręcz niechęć. Wyobrażam sobie mój pierwszy bieg jak już (mam nadzieję) wszystko będzie ok, pewnie będę analizowała każdy krok i zachowywała się jakbym była ze szkła. Jeśli nie cała ja, to chociaż noga. Staram się mieć radochę z innych rzeczy. Raz mi to wychodzi lepiej, raz gorzej.

To na tyle z tego "odezwania się". Chears!