Etykiety

piątek, 7 maja 2021

KOLEJ TRANSSYBERYJSKA | Moskwa dzień 4 cz. 1


To ostatni pełny dzień w Moskwie - muszę go wykorzystać najlepiej jak się da. Trochę panikuję, że nie zdążę wszystkiego zobaczyć, więc zrywam się z samego rana i bez śniadania lecę zwiedzać.

Plan, to dotrzeć do targu Izmajłowkiego (Izmajłowski Wernisaż) ale wcześniej, koniecznie chcę zobaczyć jeszcze jedną stację metra - plac Rewolucji. Świetnie się składa, bo tam akurat mam przesiadkę.

Stację koniecznie trzeba zobaczyć, jest tam mnóstwo przepięknych rzeźb. Ludzie idąc do pracy, czy gdziekolwiek indziej, po prostu przechodząc obok tych rzeźb pocierają je na szczęście. Czasem nawet ustawiają się w mini kolejce, żeby to zrobić. Można zobaczyć wybłyszczoną od dotykania kurę czy psa. 

Idę do linii metra nr. 3 i naprawdę to metro zachwyca. Kilometry podziemnych korytarzy. Wszystko świetnie zorganizowane, oznaczone. Nie ma tam żadnych problemów, przepychanek jak na naszej Świętokrzyskiej w godzinach szczytu. Wszystko po prostu płynie. A te kilometry podziemi... To też ciekawe, gdy rozmawiałam z jakimś Rosjaninem, to powiedział, że gdy nadejdzie III wojna światowa, to metro będzie ogromnym bunkrem dla ludzi.

Dobrze, jadę na mój targ. Wysiadam na stacji Partizanskaya, piszę o tym bo czytałam sporo relacji z których wynika, że strasznie trudno jest znaleźć ten targ. W każdym razie od razu po wyjściu na powierzchnię ziemi, targ ukazuje się moim oczom. 

No ale o co chodzi z tym miejscem? To po prostu bazar, na którym podobno można kupić pamiątki w cenie 2-3 razy niższej niż w centrum Moskwy. Pamiątki typowe ale i nietypowe. Mundury, wypchane zwierzaki, futra dość niecodziennych zwierząt, ordery, rosyjskie czapy. Wszystko, taki nasz Stadion Dziesięciolecia za czasów swojej świetności.

Wchodzę, a tam pustki. Kilka straganików otwartych i tyle. Może, to dlatego że jest wcześnie rano, może to nie sezon. No nie wiem. W każdym razie udaje mi się kupić wszystko co zaplanowałam w tym koszulkę z Putinem jadącym na niedźwiedziu.


Idę dalej bo to podobno nie tylko targ ale i Izmajłowski Wernisaż. Są tu alejki w których siedzą artyści, malują i sprzedają swoje obrazy. Niestety teraz jest pusto ale ślad po nich pozostał. Myślę, że to wszystko pięknie działa gdy jest cieplej albo w weekend?

Przechadzając się po targu, co i raz zaczepiają mnie Panowie stojący przy rusztach. Wiecie takich jak na Wszystkich Świętych wystawiają przy cmentarzach. Bardzo ładnie stamtąd pachnie, a ja przecież jestem bez śniadania. Przez dłuższy czas się opieram ale w końcu odrywają kawałek i wołają mnie do siebie żeby spróbowała. Tu częstuję się jagnięciną, drugi Pan daje mi kawałek kurczaka, zaraz kolejny świnkę, no obłędne smaki. Mówię, że chwilę się jeszcze pokręcę i do nich wrócę. Tak szczerze, to trochę specjalnie nie zjadłam tego śniadania z nadzieją, że może znajdę coś ciekawego.

Wracam, płace 500 rubli za furę jagnięciny z pysznym chlebem, okropnym sosem i surówką. Nad rusztami jest taka dziwna, drewniana zabudowana, trochę buda. Idę tam żeby się ogrzać i zjeść na spokojnie. No przepyszne, do tego raczę się piwkiem za 100 rubli, wprawdzie mam wątpliwości czy połączenie tłustej jagnięciny z zimnym piwem, to najlepszy pomysł no ale raz się żyje. Rozmawiam jeszcze później chwilę z kuchmistrzem okazuje się, że jest z Kirgistanu. Pytam czy warto iść dalej, oglądać targ. Mówi, że mogę iść ale dopytuję czy warto. No w każdym razie idę chociaż nerwowo patrzę na zegarek, bojąc się nie zdążę wszystkiego zobaczyć.

No warto, proszę Państwa warto, tam magia się dzieje. No bo o co chodzi w tym miejscu? Jakiś rosyjski milioner zbudował tu miasteczko ponoć na podobieństwo Kremla. Z jakim zamiarem - nie wiem. Część targowa jest mocno zniszczona ale idąc dalej robi się dużo przyjemniej. Z głośników leci rosyjska muzyczka, taka z lat '80, wychodzi słoneczko. No błogo. 

Dochodzę do miejsca gdzie są piękne budynki, budyneczki, kamienice, kamieniczki. Pojawia się muzeum czekolady, muzeum masek do którego chcę wejść ale niestety jest zamknięte. Kilka straganów z kawą, słodyczami. Widzę na jednym kwas chlebowy, myślę - spróbuję. Próbuję dogadać się z Panią ze straganiku, znowu nie wiem w jakim języku, że kwas chlebowy. Ale okazuje się, że to nie kwas. Dopytuję co tak ładnie pachnie, czuję przyprawy do grzańca. Okazuje się, że Pani sprzedaje miód pitny ale w ogromnych butlach, no dla mnie za dużo. Tłumaczę jej żeby nalała mi do kubka od kawy, podgrzała w mikrofalówce i wtedy bierę. Dogadałyśmy się, z kubeczkiem w dłoni mogę wędrować dalej. 

Spaceruję dalej i już wiem. Znajduję, to miejsce. Czasami podczas takich podróży wiesz, że coś prowadzi Cię do jakiegoś celu. Nie wiesz co to za cel, gdzie on jest ale coś ewidentnie ciągnie Cię jak po sznurku właśni w to konkretne miejsce albo do tych konkretnych ludzi albo do jakiegoś zdarzenia ale właśnie tego, przeznaczonego. 

Ja spotykam swoje przeznaczenie - Muzeum Wódki. Dalej z tym kubkiem w ręku włażę tam. Full ticket - 250 rubli, preferencial category - 200 rubli, photo - 150 rubli, audio guide - 150 rubli. No nie do końca to do mnie przemawia, no bo co? Butelki będę oglądać? Ale patrzę dalej, degustation - 150 rubli. 

Wchodzę. Pani trochę zdziwiona moim widokiem, no bo chyba pusto o tej porze, a jeszcze bardziej się dziwi gdy mówię, że tylko degustation. Dopytuję, czy to jest dużo alkoholu bo w planach mam dalsze zwiedzanie ale ni w ząb nie rozumie. Wyjmuje 4 kieliszki, no to ładnie... Próbujemy się dogadać na migi, chyba mówi żebym wybrała co chcę spróbować ale w końcu to ona wybiera.

Pierwsze to coś miodowego, nie wiem czy ma to jakiś alkohol. Drugie - żurawinka, oj to zdecydowanie ma alkohol. Trzecie, po prostu wódka, która mam zagryźć tym co jest w kieliszku czwartym, czyli marynowanym pomidorkiem koktajlowym. No i tu jest problem, absolutnie nie potrafię zagryzać wódki. Intuicja mówi mi - ubezpiecz się w chusteczkę, a zew dzikości - ahoj, przygodo! No wiadomo co wygrało. Pomidor staje mi w gardle, robię szybki skłon do plecaka po chusteczkę i tutaj mam dla Was tipa. Nigdy nie róbcie szybkiego skłonu po trzech kieliszkach wódki, z pomidorem w ustach. W każdym razie wypluwam tego pomidora, żyję. No cudowne miejsce, cudowna przygoda. Z żalem opuszczam to miejsce ale czas ruszać dalej. Jadę na plac Czerwony zobaczyć Cerkiew Wasyla Błogosławionego.

niedziela, 2 maja 2021

KOLEJ TRANSSYBERYJSKA | Moskwa dzień 3

Kolejnego dnia wstaję wcześniej. Jest to nie lada wyzwania biorąc pod uwagę nocne wyczyny SamiWiecieKogo. Wstaję i biegnę do sklepu, żeby kupić coś na śniadanie. Marzy mi się jajeczniczka na masełku, do tego pomidorek. Lecę, kupuję, wracam. Na patelenkę ciach masełko, ciach jajeczko... No nie ciach, bo jajko okazuje się ugotowane na twardo. Ej, spotkaliście się kiedyś, żeby w sklepie sprzedawali jajka na twardo? No ja nie. W każdym razie Chińczycy siedzący w kuchni patrzą na mnie z zadziwieniem, co ja tam robię. Oni chyba wiedzą, że to jajko to na twardo, a ja czuję się jak kretynka. Żeby nie stracić twarzy przed Chińczykami do końca udaję, że tak właśnie miało być. Polewam chleb roztopionym masłem, kładę na to ser i ciach na patelenkę - honor uratowany, Chinole tracą zainteresowanie. 

Dzisiaj ruszam na zwiedzanie Zbrojowni. Wiem już co i jak więc dziarsko idę znów do ogrodów Aleksandrowskich. Dodatkowo wyczytałam wczoraj, że wpuszczają o: 10, 12, 14:30 i 16:30, chcę wycelować w 12, planowałam w 10 ale coś nie mogłam się zebrać. Podobno kupić bilet i dostać się do Zbrojowni nie jest tak łatwo. Codziennie wpuszczają tam tylko ograniczoną liczbę osób i trzeba ustawić się odpowiednio wcześniej w kolejce po bilety aby udało się wejść. Pani wystawia tabliczkę, że kolejna sesja o 11, kupuję bilet za 1000 rubli. W związku z tym, że została mi jeszcze chwila do 11, idę do wejścia, żeby upewnić się że to tu. Okazuje się, że nie muszę czekać do 11 - mogę wchodzić. Na wejściu prześwietlają mi plecak, pytają czy ma nóż, nie mam, idę dalej.

No dobra, jeśli potrzebujecie listy co koniecznie zobaczyć w Moskwie - to jest to. Oczywiście włażę nie po kolei, zamiast zacząć od sali numer 1, zaczynam od 7 i dostaję to co najlepsze od samego początku. Wchodzę do sali z pięknymi sukniami, potem z obłędnymi koronami. No nie będę więcej zdradzać, łażę tam z rozdziawianą gębą z 2h, wszystko jest niesamowite.

Po wyjściu ze Zbrojowni, ruszam ulicą Stoleshnikov Lane, która jest cała obwieszona pięknymi, zwisającymi lampami. Obłędnie to wygląda. 

Szukam Soboru Kazańskiej Ikony Matki Bożej, jednak wcześniej trafiam do małego kościółka. Zawsze wchodząc do kościołów aby zwiedzać czuję się trochę nieswojo ale tutaj ubóstwiam podglądać ludzi. Jak zamaszyście wykonując znak krzyża, kłaniają się do samej ziemi. Podglądam z ogromną przyjemnością. Koniec, końców nie wiem czy udało mi się odnaleźć Sobór, którego szukała, idę dalej w kierunku placu Teatralnego.

Robię sobie krótką przerwę, żeby rozgrzać się soljanką ale nie jest tak pyszna, jak ta którą jadłam w Suwałkach. Dopytuję obsługę gdzie mogę kupić kawior, bo przecież balet już dzisiaj wieczorem, a jeszcze w żadnym sklepie nie widziałam. Nagle przy moim stoliku znajdują się 4 osoby i wszyscy debatują, gdzie najlepiej po ten kawior. Ja oczywiście spłoszona, no bo nie chciałam robić problemów. W końcu kelnerka bierze mój telefon, wpisuje adres - idę.

Idę do tego sklepu, to jakieś całkiem drogie delikatesy no ale dobra, już nie będę łaziła i szukała - szkoda czasu. Znajduję słoiczek kawioru za 500 rubli, biorę. Nie jednak nie biorę bo lodówka jest zamknięta na kłódkę. Pokazuję jakiejś kobiecinie, że kawior poproszę, każe mi czekać. Po chwili przychodzi z ochroniarzem. Ochroniarz skanuje mnie wzrokiem, sprawdza czy przypadkiem nie ukradnę tego złota, po czym wydobywa z sakwy tajny klucz. Idzie z kawiorem do kasy. Nie, nie daje mi go, tylko samodzielnie eskortuje do kasy. Nie wiem może mi z oczy źle patrzy. Pytam czy mają mały szampan, nie mają. Trudno, płacę i idę dalej.

Trafiam na uliczkę w której pełno jest super sklepów. Tu Gucci, tam Bentley i wychodzę prawie prosto na teatr Bolszoj. Teatr jest oczywiście niesamowity, z tą obłędną kwadrygą na górze. Do tego zaczyna sypać śnieg co dopełnia uroku. Niestety tym razem nie jest mi dane aby tutaj obejrzeć balet ale mówię sobie, że wobec tego mam po co wracać.

Kolejny kierunek to metro. Chcę przejechać cała linię nr. 5, polując na najładniejsze stacje, słyszałam że metro jest tutaj powalające. I tak jest rzeczywiście. Wysiadam na każdej stacji, każdą oglądam. Nie wszystkie powalają ale są takie, które zatykają dech. Ogromne, piękne żyrandole, mozaiki, rzeźby, witraże. Mnóstwo z nich pokazuje lud pracujący, wieś chwaloną przez Stalina. Sporo żołnierze albo po prostu ludzi z bronią, strzelbą w dłoni gotowych bronić Wielkiej Rosyi. Często można też spotkać pomnik lub popiersie Lenina. Wycieczka metrem, to trochę jak odwiedzanie kolejnego muzeum.

Wymęczona okrutnie wracam do hostelu, tym razem inną drogą, wychodzę z metra prosto na przepiękną cerkiew Chrystusa Zbawiciela. O maj Gad, obłędna! Ale to nie dzisiaj, teraz musze już wracać.

Plan jest taki. Krótkie spanie. Potem idę się wystroić. Dalej robię sobie przystaweczkę z kawioru i kieliszka koniaku, który kupiłam w zastępstwie za szampana. Później idę na kolację do pobliskiej knajpki na pielmieni, a na deser balet.

Zasypiam i budzę się godzinę przed spektaklem. Narzucam na siebie szybko koszulę i biegnę spóźniona do teatru. Na szczęście udaje mi się zdążyć, nawet z całkiem przyzwoitym zapasem. No to wszystko jest obłędne. Samo wejście na Kreml wieczorem już buduje atmosferę.

Spektakl trwa 2,5h. Balet, orkiestra. No cudowne, obłędne, tyle mogę powiedzieć.

Wychodzę mega głodna. Idę do sklepu do którego trafiłam dzisiaj w trakcie dnia. Było tam stoisko z garmażerka ale też coś w stylu baru sałatkowego. Marzy mi się fura warzyw, już zacieram ręce z myślą o wieczornej uczcie. Niestety jest już po 22 i po jedzeniu zostały tylko smętne resztki. 

Wracam do hostelu, z nadzieją zaglądam jeszcze do restauracji z pielmieni ale niestety kuchnia jest już zamknięta. Robię sobie kanapkę z kawiorem. 

Wchodzę do pokoju. Moja ulubiona współlokatorka już jest. Chwilę z nią rozmawiam, daję jej paczuszkę krówek (zabrałam kilka mini paczek ze sobą), że taki prezent z Polski, żeby ją przekupić i w końcu się wyspać. Gadamy sobie, okazuje się, że od jakiegoś czasu mieszka w tym hostelu, jest Rosjanką i pracuje w Moskwie jako tłumacz. Miło, milutko, buziaki, ściski jestem dumna ze swojego taktycznego posunięcia. W duszy podskakuję z radości na myśl o przespanej nocy.

Pojebana wraca do pokoju ok. 2 w nocy i zapala światło. O 3 wpieprza krówki (nie wiem czy wspominałam ale zapakowałam je w taką przezroczystą szeleszczącą folię, jak do kwiatów i mocno zawiązałam wstążeczką, więc skubana walczy). O 3:30 gdy już nikt nie śpi upomina dziewczynę patrzącą w telefon, żeby go wyłączyła bo ona chce iść spać, a przy świetle nie potrafi zasnąć. Nie wiem skąd nagle znam rosyjski ale jestem więcej niż pewna, że odpowiedź brzmi: "spierdalaj". Chwilę przed 4 wszyscy idą spać. 

sobota, 1 maja 2021

KOLEJ TRANSSYBERYJSKA | Moskwa dzień 2 cz. 2

Wstaję po ok. 2h i ruszam w miasto z dwoma misjami. Pierwsza, to kupić bilet na balet, a druga to zjeść jakieś fajne pielmieni.

Dobra, to zacznę od pierwszej misji. Moim ogromnym marzeniem było zobaczyć balet w Moskwie. Wcześniej najeść się kawioru, wypić szampana i pójść na balet, oczywiście do teatru Bolszoj. Nawet na tę okazję zabrałam ze sobą koszulę. Niestety okazało się, że w Bolszoj nie ma baletu podczas mojej obecności w Moskwie ale... znalazłam "Dziadka do orzechów" w kremlowski teatrze. Wszystko fajnie, tylko przez internet nie udało mi się kupić biletów, nie udało mi się również znaleźć informacji gdzie mogę je kupić stacjonarnie. Co więcej na żadnej mapie nie potrafię znaleźć informacji gdzie jest ten teatr, a każda osoba którą o to pytam twierdzi, że nie ma żadnego teatru na Kremlu. Więc jak sami widzicie, jest to misja z prawdziwego zdarzenia. 

Niestrudzenie ruszam na poszukiwania, nie wiem gdzie, przed siebie. Po drodze mijam chłopaka rozdającego ulotki do pizzerii, gdy skumał że jestem turystką zaczął do mnie mówić po angielsku. O mój Boże! Ktoś w końcu mówi po angielsku! Cudownie! Pytam go gdzie znajdę teatr na Kremlu. Oczywiście mówi, że nie ma czegoś takiego. Upieram się, że jest wyciągam moje mapki, notatki, no wszystko co udało mi się ustalić, mówi chodź ze mną. Dopytuję, czy nie będzie miał problemów, w końcu jest w pracy, mówi: zobaczymy - chodź. No to truchtam za nim ale w międzyczasie dzwoni do niego telefon albo to on do kogoś zadzwonił. Udaje mi się rozszyfrować "fajna dziewoszka", "bagażnik". No trochę mi mina zrzedła ale z drugiej strony jestem w centrum Moskwy, w strefie gdzie raczej żaden samochód nie podjedzie, no to do tego bagażnika raczej mnie nie załaduje z kumplem.

Wychodzimy z podziemi i podskakuję jak mała dziewczynka: "patrz, to tutaj!". Mówi mi żebym poszła, kupiła, a on poczeka na zewnątrz. Wchodzę do środka, Pani przy okienku oczywiście nie mówi po angielsku. Pokazuje mi, że bilety na Kreml to nie tutaj. No to ja jej pokazuję, że ja chcę bilety ale na balet. Taksuje mnie wzrokiem i pokazuje jakie miejsca są dostępne za 600 rubli. No to ja do niej, że bardziej myślałam o tych miejscach z 1 500 rubli, no i nagle rozmowa zaczyna się kleić. Dopytuje kilka razy, czy na pewno chcę kupić tylko jeden bilet. Tak, tylko jeden. Na koniec moich zakupów wchodzi chłopak, pyta czy wszystko ok, proszę go jeszcze żeby dopytał w jaki sposób mam dojść do tego teatru. Okazuje się, że to jest to samo wejście, którym dzisiaj wchodziłam, żeby zobaczyć Architectural complex, więc już wszystko wiem. Chłopak mówi, że skoro już mam, to bye-bye, ja że bardzo dziękuję i że moje marzenie i bye-bye. Widać jednak, to nie ja byłam fajną dziewoszką do zamknięcia w bagażniku.

Czas na drugą misję - zjeść. Wcześniej znalazłam na trip advisorze jakieś super miejsce. Dużo, tanio, regionalnie i do tego na Arbacie. No wszystko super, zjem pyszne żarełko i do tego jeszcze pozwiedzam. Z mapą w ręku dochodzę na moje super jedzonko. No nie ma. Kręcę się, szukam, wchodzę w jakieś dziwne bramy, a jest już późno i ciemno, no nie ma. Zaczepiam dwie dziewczyny, żeby mnie pokierowały. Koniec końców okazuje się, że jest to owszem na ul. Arbat ale w zupełnie innej dzielnicy. No trudno, prosze żeby poleciły mi jakieś fajne miejsce na jedzenie. Kierują mnie do stołówki ObedBufet, no lepiej niż w GUMie. 

Biorę tego samego śledzia co wczoraj - dla porównania, dalej szału nie ma i do tego fura majonezu. Coś tam jeszcze łapię, może nie zachwycona ale przynajmniej najedzona mogę wracać do hostelu.

Dziewczyny opowiadały mi jeszcze o knajpie Black Star Burger, to restauracja jakiejś ichniejszej gwiazdy - Saszy, w sumie to teraz nie wiem czy to rzeczywiście był Sasza czy sama to sobie dopowiedziałam. W każdym razie Black Star Burger wygląda na knajpę ścigającą całą wylansowaną śmietankę Moskwy. Z kolei Arbat, to taki nasz Nowy Świat, wchodząc w boczne uliczki trafimy na "Mazowiecką". Nic nadzwyczajnego.

Nie mam już siły dalej łazić, wracam do hostelu. Padam, Pojebana szaleje.

środa, 28 kwietnia 2021

KOLEJ TRANSSYBERYJSKA | Moskwa dzień 2 cz. 1

Ruszam z zamiarem ogromnego zwiedzania, do końca nie wiem czego i gdzie, a do tego jak kupić bilety ale czytałam, że koniecznie trzeba zobaczyć Zbrojownię. Znalazłam na mapie ticket office, akurat w ogrodach Aleksandrowskich, które wczoraj poznałam, zachęcona tym, że mniej więcej wiem gdzie powinnam iść - ruszam. 

Ceny o których czytałam, to 700 rubli za wejście do Zbrojowni i 500 rubli za coś tam innego, uzbrojona w tę wiedzę nabieram jeszcze więcej pewności, jeśli nie zrozumiem co jest napisane w ticket office, to przynajmniej rozpoznam po cenach. Wchodzę, a tam ceny 1000 i 700 rubli. No to już teraz nie wiem, czy to jest miejsce w którym powinnam kupić bilety na których mi zależy. Wprawdzie kolejki do kas rosną z każdą minutą, więc mogę przypuszczać, że to to ale nie jestem przekonana. 

Postanawiam pójść na plac Czerwony i tam zbadać, czy nie ma jakiegoś dodatkowego ticket office. Nie wiem wydaje mi się, że wejście na Kreml, to może od tamtej strony? Okazuje się, że to jednak zły kierunek i powinnam wrócić. 

W międzyczasie zaczepiam żołnierza, żeby czegokolwiek się dowiedzieć, nie wiem w jakim języku rozmawiamy, ciężko się dogadać. Pytam jeszcze jak mogę dotrzeć do Mauzoleum Lenina, niestety okazuje się, że jest zamknięte. :( Przed sezonem prowadzą prace konserwacyjne. 

Jeeeeżżżżżuuuu ale mnie kusi, żeby puścić jakiś żarcik na temat konserwacji Lenina. Ale wiecie taki w stylu wujka z wąsem, który siedzi przy imieninowym stole, opowiada żart a potem sam się z niego zaśmiewa w niebogłosy: "Kasia, rozumiesz, konserwacja, Lenina, buahahaha". Ja to w ogóle chyba czasem jestem takim wujkiem. Oszczędzę sobie i Wam. No ale smuteczek wielki bo bardzo chciałam tam pójść i zobaczyć.

No dobra, pozostaje mi wrócić do ticket office w ogrodach Aleksandrowskich ale wcześniej muszę skorzystać z toalety. I teraz uwaga, ciekawostka. 

Wokół Kremla jest super sieć toalet, jest czysto, jest za darmo, nie trzeba łazić po knajpach i się prosić. Wielkie propsy. A obok ciekawostki, anegdota również z toaletą związana. Idę, a właściwie to już podbiegam to jednego z kibelków, no coś nie oszacowałam czasu. Wbiegam, a tam bramki takie jak na lotnisku. Specjalnie się nie dziwię bo tutaj takie bramki są wszędzie, na wejściu do metra, do centrum handlowego, no wszędzie. Kładę plecak do prześwietlenia, a przypomnę że moje gałki oczne zaczynają zabarwiać się już na żółto. W tym momencie podchodzi do mnie żołnierz z kałachem, łapie pod ramię i wyprowadza - no pięknie. Nie wiem o co chodzi, po chwili zaczyna się śmiać, że to nie jest tojlet tylko wejście na Kreml dla pracowników/urzędników. Pokazuje mi gdzie mam iść. Uff, zdążyłam.

To tyle z kibelkowych historii, wracam do ticket office. No i znowu po drodze coś mnie zatrzymuje. Trafiam akurat na zmianę warty na Grobie Nieznanego Żołnierza. Jejku, jakie to niesamowite, nasza warszawska zmiana warty to pikuś przy tym. Jakie, to jest piękne, to spektakl cały, jak oni idą, jak podnoszą proste nogi na wysokość bioder. No po prostu jak indory tańczące przed walką. W sumie to nie wiem czy indory tańczą i walczę ale gdyby to robiły, to tak by to wyglądało. Niesamowite!

Dobra idę do tego ticket office, a tam kolejka jak jasna cholera. Zrobiła się już 15 i nie wiem czy zdążę wejść i wszystko zobaczyć, bilety sprzedają tylko do 16. Do tego wciąż nie wiem co wybrać czy Armoury Chamber za 1000 rubli, czy Architectural complex of the Cathedral Square. W sumie jak teraz to piszę, to jest raczej oczywiste co jest co, no ale wtedy nie było.

Kolejka coraz dłuższa i w tym momencie pojawia się moje wybawienie - automat z biletami. Podchodzę, ciach kupuję bilet, a że w automacie jedynie można było kupić Architectural complex..., to wybór dokonał się sam. Idę w ciemno w miejsce gdzie inni ludzie, pokazuję bilety i okazuje się że to to.

Wchodzę na Kreml i od razu jakiś żołnierz mnie wygwizduje, że w złą stronę idę. Nie wiem zachowuję się dzisiaj jakbym miała wylew w nocy. W każdym razie idę tam gdzie pokazuje. 

Architectural complex, to kilka katedr i kościołów, z najważniejszych: The Assumption Cathedral, The Annunciation Cathedral wszystkie są przepiękne w środku. Do tego są jeszcze 3 katedry do których nie udało mi się wejść: Church of Laying Our Lady's Holy Robe, Faceted Chamber, Ivan the Great Bell-Tower. No i oczywiście dwie atrakcje, które znajdziecie w każdej relacji z Moskwy: Tsar-Bell, który nigdy nie zadzwonił i Tsar-Cannon.


No dobrze, czy warto? Te wszystkie kościoły i katedry na maksa mi się mylą, nie do końca wiem co jest co ale super było tam pójść i zobaczyć przede wszystkim Kreml od środka. Połazić trochę poza dookoła, zajrzeć dalej. Zobaczyć dużą siłownię na powietrzu i lądowisko dla helikopterów (to na pewno Putina). To też ciekawe, na Kreml ciągle wjeżdżają czarne fury z Misiami w garniakach i czarnych okularkach, do tego przyciemniane tylnie szyby, no KGB. Trochę czuję się jakbym grała w filmie szpiegowskim. :) W każdym razie warto kupić bilet i tam pójść.

Po spacerze jestem już mocno zmęczona ale idę jeszcze raz na plac Czerwony, a potem do parku Zaryadye, fajnie tam. Z tarasu widokowego super panorama, można dostrzec biały "Pałac Kultury".


 Nóżki już zdecydowanie odmawiają posłuszeństwa, krzyczą starczy. Wracam do hostelu dołem Kremla, przy rzece Moskwa. Kładę się odpocząć, bo przede mną wieczorna misja.