Etykiety

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bali. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Bali. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 15 kwietnia 2024

BALI | Amed dzień 13

Plan na dzisiaj, to nic nie robić, odpocząć. Zaczynamy leniwym śniadaniem, oglądamy widoki z tarasu, chłodzimy się w basenie. 

Wytrzymujemy do 13, bo chyba tak całkowicie robić nic nie potrafimy. Wsiadamy na skuter, jedziemy obejrzeć wioskę, w ten sposób trafiamy na Lipah Beach. 

Okazuje się, że jest to jedno z najpiękniejszych miejsc do snurkowania w tym regionie Bali. Siadamy przy barze i wracamy do naszego nic nierobienia. 

Pijemy drinki, próbujemy lokalnych specjałów, pływamy. Jesteśmy. I rzeczywiście chociaż sama plaża może nie zachwycać, to podwodne życie zapiera dech w piersi. Nadmuchane rybki w kropki, malutkie, chabrowe fluorescencyjne, wszystkie możliwe barwy, kształty i rozmiary. Można godzinami nie wychodzić z wody.

Gdy już się tym wszystkim nasyciliśmy, postanowiliśmy zobaczyć Lahangan Sweet. Jest to piękne miejsce z kładką na drzewie, z którego można podziwiać zachód słońca. Takich spotów na Bali jest sporo ale nikt nie chce się dzielić ich lokalizacją, żeby to jedno, zachwycające, unikatowe zdjęcie było tylko jego. Najczęściej lokalizację takich miejsc można poznać kupując e-booki od "specjalistów" danego miejsca. Bali jest specyficzne, a w ostatnich latach stało się specyficzne jeszcze bardziej. Duża ilość turystów robi swoje, a prawa do miejsc roszczą sobie Ci, którzy skierowali swoje drogi w stronę Bali wcześniej. 

Droga dojazdowa do Lahangan Sweet jest niesamowita. Mijamy lokalne wioski, wszystko znajduje się na przepięknie porośniętym terenie, gdzie dżungla przecinana jest polami ryżowymi. Jednak do celu nie udaje nam się dotrzeć. Na początku walczymy ze żwirem i nierównościami, później nawierzchnia jest łatwiejsza ale podjazd robi się na tyle stromy, że nasz skuter nie daje rady podjechać. Od celu dzieli nas kilka kilometrów więc rezygnujemy z podchodzenia. Odpuszczamy i to też jest fajne, że potrafimy. Niezależnie od efektu sama droga do Lahangan Sweet jest warta przejechania aby zobaczyć prawdziwe balijskie wioski i przepiękną, otaczającą je zieleń.

Wracając siadamy w tej samej knajpie co wczoraj, oglądając z tarasu zachód słońca. 

Dzisiaj już nic więcej się wydarzy. Po powrocie do hotelu leżymy na leżakach nad basenem, oglądamy niebo, patrzymy jak zbiera się burza, a gdy deszcz zaczyna padać, nasłuchujemy jego dźwięków z domku, który przestaje się trząść dopiero nad ranem, gdy burza i ulewa ustępują.

środa, 24 stycznia 2024

BALI | Sidemen dzień 6


Wczesnym ranem, gdy na zewnątrz jest jeszcze ciemno budzą nas śpiewy. Dźwięki dochodzą z doliny. Balijczycy rozpoczęli świętowanie, dzisiaj zaczyna się Galungan, dzień w którym dusze zmarłych wracają na Ziemię. Dzwonią dzwonki, ćwierkają ptaki i do tego ten mantryczny śpiew. Zaczyna świtać. 

Planowaliśmy z samego rana pojechać do pobliskiej świątyni i obserwować obchody, jednak dźwięki zza okna na tyle nas rozleniwiają, że postanawiamy dać sobie jeszcze godzinę odpoczynku.

Po godzinie wsiadamy na skuter, jedziemy oglądać. Wczesne poranki na Bali, to najpiękniejsza pora dnia. Nie jest jeszcze tak gorąco, rozpoczynające dzień słońce cudownie oświetla pola ryżowe, poranna mgła dodaje klimatu. Wszystko jest elektryzujące, budujące atmosferę oczekiwania na to co się dzisiaj wydarzy.

Po dłuższych poszukiwaniach udaje nam się znaleźć świątynię. Nie wchodzimy do środka, obserwujemy, słuchamy, nie chcemy przeszkadzać.

Gdy już nasyciliśmy się porankiem, wracamy do domu na śniadanie. Zasada jest taka jak wczoraj. Dzień wcześniej wybraliśmy co chcemy zjeść i o umówionej godzinie, Pani przynosi śniadanie na taras. Tym razem wybrałam przepysznego naleśnika z bananem. Lekko słony naleśnik, słodko-słony banan, magia. Do tego owoce. Maciek zamawia mie goreng.

Przed ruszeniem w dalszą podróż chłodzimy się chwilę w basenie. Czas się zbierać, ruszamy.

Wszystkie ulice przystrojone są „palmami”, w ostatnich dniach każdy ale to absolutnie każdy tkał swoją palmę. Co chwilę mijamy odświętnie ubranych Balijczyków, niosących dary do świątyni. Obrazki są nieziemskie, przez całą drogę towarzyszy nam widok na piękny Agung, najwyższy szczyt wyspy, mający 2997 m n.p.m. i równocześnie czynny wulkan.

Dojeżdżamy do najważniejsze balijskiej świątyni – Pura Besakih. Wstęp kosztuje 60 tys. IDR (18 zł) od osoby. W cenie dostajemy przewodnika, co nas bardzo cieszy, nie będziemy mieli wątpliwości gdzie możemy zajrzeć, a gdzie nie, w szczególności w tak ważny dla Balijczyków dzień. 

Wchodząc do świątyni trzeba mieć sarong - długą chustę, którą wiąże się w pasie. Najczęściej są one wypożyczane w cenie biletów lub za niewielką opłatą. Sarong musi założyć zarówno kobieta, jak i mężczyzna, nawet jeśli ma długie spodnie czy sukienkę.

Świątynia robi wrażenie, warto poświęcić na nią conajmniej 2 godziny. Jednak zanim będę rozpływać się nad pięknem tego miejsca, opowiem o kilku minusach.

Zacznijmy od sarongu. W związku z tym, że trzeba założyć go przed wejściem do świątyni, zanim zdążyliśmy zsiąść ze skutera, podbiegło do nas kilka kobiet, próbując wcisnąć chustę. Oczywiście rozmowa zaczyna się od tego, że do świątyni nie wpuszczą nas bez sarongu, gdy odpowiadamy, że mamy własne, zaczynają się historie, że w takich nie wejdziemy i musimy kupić dokładnie te które mają sprzedawczynie. Nie słuchajcie tego. Do świątyni wpuszczą Was we własnych chustach, a co więcej gdy ich nie macie wypożyczą sarong w cenie biletu.

Na każdym kroku, w mocno nachalny sposób, ktoś próbuje nam coś wcisnąć. Ponad kilometr przed świątynią, słyszymy krzyki „this way!” i niestety nie są to uprzejmi Balijczycy, chcący wskazać nam poprawną drogę, a naciągacze kierujący na płatny parking. Nie dajcie się na to nabrać, można swobodnie podjechać pod samą świątynię i tam zostawić skuter. Z kolei jeśli chodzi o ceny prywatnych parkingów, to Pan chciał od nas 50 tys. IDR (15 zł), gdy mu powiedzieliśmy, że chyba sobie żartuje i na pewno tyle nie zapłacimy, stanęło na cenie dziesięć razy niższej.

Kolejne zaskoczenie, to "bezpłatny" przewodnik, którego pomoc otrzymaliśmy w cenie biletu. Planowaliśmy dać mu nieduży napiwek – tak tutaj jest przyjęte, dodatkowo byliśmy bardzo zadowoleni ze wspólnego zwiedzania. Po zakończeniu wycieczki Pan sam wspomniał, że miło byłoby dostać tipa. Wyciągnęłam równowartość 10 zł (bilet za jedną osobę kosztował 18 zł) na co nasz przewodnik powiedział, że to są małe pieniądze i ludzie dają po 10$ od osoby. Tutaj też warto podkreślić, że te 10 zł ma inną wartość niż w Polsce, można za nie zjeść obiad w normalnym warungu. W każdym razie skończyło się na 100 tys. IDR (30 zł) no i jakiś taki niesmak pozostał. To nie chodzi o te 30 zł ale wydaje mi się, że można podejść do tego trochę inaczej, na przykład, że jest to na fundusz wspomagający utrzymanie świątyni albo wytłumaczyć, że jest to wsparcie dla przewodników, a najlepiej wprost poinformować na początku o dodatkowej opłacie.

Pomijając wszystkie te historie, świątynia jest zdecydowanie warta odwiedzenia. Pura Besakih uważana jest za najważniejszą z balijskich świątyń. Teren jest całkiem spory, chodzimy małymi klimatycznymi alejkami, zaglądając w bramy i odkrywając kolejne ukryte perełki. Przy odrobinie szczęścia udaje nam się trafić na uroczystość błogosławienia całej rodziny.

Ruszamy dalej, tym razem będziemy kierować się do świątyni znajdującej się na górze Agung. Agung towarzyszy nam każdego dnia, zapierając dech w piersi. 

Po drodze zatrzymujemy się w przydrożnym warungu. Jestem ogromną fanką przydrożnych barów, tych polskich też. Maciek jest bardziej zachowawczy w tym temacie ale tym razem dał się namówić. Zamawiam noodle soup, na początku jest dość specyficzna w smaku, jednak im dłużej się ją je, tym staje się lepsza. Do momentu... Do momentu, aż wyławiam z niej mrówkę. Spuszczam na to zasłonę milczenia, bar jest na powietrzu, mogło się zdarzyć, nikt od mrówki raczej jeszcze nie umarł. Później wyławiam drugą i trzecią, to już dla mnie za dużo.

I to jest idealny moment aby poruszyć temat problemów żołądkowych w podróży, bo z tym bywa różnie. Przede wszystkim często myjemy i odkażamy ręce. Zęby myjemy wykorzystując tylko butelkowaną wodę. Woda do picia, jedynie butelkowania i zawsze sprawdzamy czy oby na pewno jest fabrycznie zamknięta. Unikamy napojów z lodem, jeśli zamawiamy drinka z lodem, to tylko w miejscu o wyższym standardzie. Prawda jest taka, że i tak nie wiemy w jakiej wodzie były myte talerze, owoce, itd. Podczas mycia twarzy, zawsze do buzi może wpaść jakaś kropelka. W każdym razie staramy się zabezpieczyć na tyle, na ile jest to możliwe. Dodatkowo zawsze mamy ze sobą zestaw szybkiego reagowania, czyli tabletki na nagłe sytuacje i enterol.

Po nie do końca udanym lunchu ruszamy dalej, tym razem naszym celem jest Pura Pasar Agung. Podjeżdżamy pod Agung, jest na tyle wysoko, że czuć zmianę temperatury. Jest też na tyle wysoko, że 1,5 km przed świątynią skuter nie daje rady podjechać z dwoma osobami. Maciek dojeżdża na górę skuterem, a ja muszę wspiąć się o własnych siłach.

Po dotarciu na miejsce, trafiamy na kolejnych naciągaczy. Zanim zdążyliśmy zsiąść ze skutera, podchodzi do nas Pan i informuje, że musimy zapłacić po 50 IDR (15 zł) i oczekuje, że od razu mu zapłacimy. Dopytujemy, gdzie jest ticket office, po dłuższej wymianie zdań prowadzi nas do jakiejś szopki, która też nie wygląda zbyt wiarygodnie. Pan w „kasie biletowej” każe nam wpisać się do zeszytu i oczekuje zapłaty. Drążymy dalej, czy ma bilety, bo jeśli nie, to nie dostanie od nas pieniędzy. Pan cały czas pokazuje na zeszyt, sugerując że wpisanie się do niego jest potwierdzeniem opłaty. Gdy dalej naciskamy na bilety, nagle magicznie się znajdują, do tego w dwukrotnie niższej cenie.

Nie mamy dzisiaj szczęścia do ludzi, jednak nie ma coś się zrażać, widoki odbierają nam mowę.

Na dzisiaj kończymy zwiedzanie, czas wracać do Sideman, po drodze zatrzymujemy się na obiad, żeby jednak zjeść coś bez insektów i chwilę odpocząć. Maciek klasycznie wybiera mie goreng, dla mnie tuńczyk z ryżem, urap-urap, do tego pyszny sosik z masła, czosnku i limonki. Tutejsza kuchnia jest genialna pod kątem równoważenia smaków. Zawsze do czegoś tłustego, pojawiają się chrupiące, orzeźwiające dodatki, do tego dużo kolendry, która smakuje jak nigdzie. Za tuńczyka płacę 15 zł, mie goreng – 13,5 zł (w wcześniejszym warungu, mie goreng kosztowało 4,5 zł, zupa po wyłowieniu mrówek była gratis.). Na Bali na dole karty zawsze znajdziecie informację o dodatkowej opłacie – tax&service i jest to 10-25% ceny podawanej w karcie.

To był męczący dzień, przejechaliśmy ponad 60 km na skuterze, do tego dużo emocji, dużo chodzenia, dużo zwiedzania. Wracamy do domu, żeby odpocząć i schłodzić się w basenie.

Wieczorem jedziemy na kolację, tym razem wybieramy knajpę o trochę wyższym standardzie - Sleeping Gajah Kitchen & Lounge. Zamawiamy krewetki w tempurze, sałatkę z tuńczykiem, tuńczyka na quinoi z warzywami i kurczaka z warzywami. Ceny europejskie.




Po powrocie do domu, padamy w trzy sekundy.

Do jutra!

poniedziałek, 23 października 2023

BALI | Ubud - Sidemen dzień 5


Dzisiaj zmieniamy miejsce pobytu i kierujemy się w stronę Sidemen. Po pierwsze miałam to miejsce na swojej liście, po drugie dopytywaliśmy się gdzie najlepiej spędzić święto Gulungan, polecono nam najważniejszą balijską świątynię, czyli Pura Besakih, która znajduje się 16 km od Sidemen. Wybór był prosty.

Ruszamy z samego rana, przed nami zaledwie 40 km, jednak biorąc pod uwagę balijski ruch musimy liczyć conajmniej 1,5 h drogi. Podczas pobytu w Ubud, udało nam się zebrać kilka wizytówek od taksówkarzy, piszemy do każdego z nich prosząc o wycenę przejazdu do Sidemen. Ceny porównujemy z Grabem i Gojkiem ale prawda jest taka, że przez whats up-a, zawsze można się trochę potargować. Wygrywa najlepsza oferta.

O 13 dojeżdżamy na miejsce naszego noclegu, czyli do Griya Valud. Naszym oczom ukazuje się przepiękny domek z niesamowitym ogrodem i basenem. Co do tego miejsca nie mieliśmy za dużych oczekiwać, ze względu na cenę pobytu. W Ubud płaciliśmy 700 zł za noc, tutaj wychodzi niecałe 200 zł i jest przepięknie.




Dzisiejszy dzień zamierzamy całkowicie poświęcić na odpoczynek, pluskanie w basenie, picie kokosa, jedzenie owoców. Plan realizujemy przez 1,5 h po czym zaczynamy kombinować co by tutaj zrobić. Po chwili wynajmujemy skuter i jedziemy obejrzeć okolicę. A jest co oglądać.



Sidemen, to przepiękna wieś znajdująca się wśród pól ryżowych. Gdy wspominamy wyjazd, do tego miejsca w myślach wracamy najchętniej. Nie ma tu charakterystycznego dla Ubud ruchu ulicznego, ciągle obecnego dźwięku klaksonów. Jest cisza, spokój, kilka bezpańskich psów, o poranku zapieje kogut.

W pierwszej kolejności musimy zatankować skuter. Oczywiście nie znajdziemy tutaj dużych stacji benzynowych ale łatwo trafić na pompę z której spokojnie można zatankować benzynę. Jeśli okaże się, że dystrybutor jest pusty, wystarczy podjechać do pobliskiego sklepu, a tam właściciel doleje nam benzynę z plastikowej butelki. Na stacji benzyna kosztuje ok. 2 zł/litr, w sklepiku ceny są różne, zależy ile kto zaśpiewa. Tutaj płacimy 3 zł/litr, z kolei w mniej dostępnym miejscu trzeba liczyć się z kosztem 5 zł/litr.




Jedziemy na obiadokolację, tym razem do trochę bardziej eleganckiego miejsca – restauracji Asri Dining by Samanvaya. Ale tam jest ślicznie.

Zamawiam na przystawkę tatar z tuńczyka i Buddha bowl, a na danie główne rybę na puree ziemniaczanym z warzywami i kurczaka słodko-kwaśnego. Do tego pyszne drineczki. Pozwalamy odpocząć naszym brzuchom od balijskiego jedzenia.






Do domu wracamy o 20 i od razu padamy na pyszczki. Chyba jednak ten odpoczynek trochę nam się udał.



Zanim się pożegnam o planowaniu słów jeszcze kilka. Bali było moim marzeniem od zawsze. Odkąd zobaczyłam „Jedz, módl się, kochaj” wiedziałam, że muszę tam pojechać, chociaż wydawało się to absolutnie niemożliwe do osiągnięcia. Oprócz tego, że Bali jest piękne, nie wiedziałam dużo więcej. Przed wyjazdem szukałam, czytałam, sprawdzałam. Na mapie zaznaczyłam 100 punktów, które koniecznie musimy odwiedzić. Maciek od początku mówił, że za dużo, ja jak zawsze, że przecież się da. Codziennie przewalałam mapę, żeby upewnić się, że na pewno wyłapałam wszystkie najważniejsze miejsca. Postanowiliśmy, że będziemy spędzać 2-3 noce w jednym rejonie, a potem przemieszczać się dalej. Miejsce noclegu rezerwujemy z 1-2 dniowym wyprzedzeniem, z kolei dalsze atrakcje, na bieżąco. Odkąd tu przyjechaliśmy śpię średnio po 4h. Jestem tak podekscytowana tym gdzie jesteśmy, co się wydarzyło, a co przed nami, że po prostu nie mogę spać. Do tego gdy się tylko obudzę, od razu myślę, a może tu się jeszcze uda, a gdyby tak wstać jeszcze wcześniej i o wschodzie słońca pojechać jeszcze tam? Niekończąca się historia.

Do jutra!


niedziela, 15 stycznia 2023

BALI | informacje praktyczne 2/2

Pieniądze - musisz mieć miliony

Tak, na Bali musisz mieć miliony, a na pewno tysiące. Lokalna waluta, to rupie indyjskie, jedna rupia, kosztuje 0,053 zł. Musisz przygotować się na obracanie banknotami o wyższych nominałach i być przy tym uważnym. Ze względu na dużą ilość zer na banknotach łatwo pomylić np. 20 rupii z 200. 

Dolary wydane po 2009 r., wymienicie w lokalnych kantorach, jednak zawsze warto dokładnie przeliczyć pieniądze, które otrzymacie, podobno oszustwa na wymianie pieniędzy są na Bali na porządku dziennym. Kurs będzie zależał nie tylko od kantoru ale i od nominału, który chcecie wymienić jak i stanu banknota. Ze względu na bezpieczeństwo, najlepiej wymienić pieniądze w banku.

Możecie też wymienić pieniądze przed wyjazdem, ja korzystam z kantoru Redar w Warszawie, w którym znajdują się praktycznie wszystkie waluty, czasami tylko trzeba je zamówić z wyprzedzeniem. 

Kolejna opcja, to wypłacenie pieniędzy z bankomatu już na Bali. Tutaj pamiętajcie, że warto mieć ze sobą zarówno Visę jak i Master Card. Polecam też założenie konta na Revolucie i wyrobienie sobie karty.

Wiele opcji, wszystkie łatwo osiągalne, jednak jak zawsze trzeba zachować ostrożność i uwagę.

Hinduizm w kraju islamskim?

Indonezja jest krajem islamskim, jednak na Bali panuje specjalna odmiana balijskiego hinduizmu, tzw. religia świętej wody. Religia jest mocno widoczna w codziennym życiu Balijczyków. Kilka razy dziennie zobaczycie składanie ofiary bóstwom czy modlitwy w przydomowych świątyniach. 

Przy odrobinie szczęścia traficie na obchody świąt, których na Bali jest niemało. Nam udało się trafić na Galungan, podczas którego Balijczycy świętują zwycięstwo dobra nad złem. Duchy zmarłych przodków na 10 dni wracają na ziemię, a Balijczycy muszą okazać im gościnność. To czas modlitwy, wspominania zmarłych i składania ofiar. Ulice są przyozdobione ogromnymi palmami, w świątyniach pojawiają się tłumy Balijczyków, a składanie ofiar jest mocno zauważalne na ulicach. Możecie trafić na rozprawianie świni na środku ulicy, czy leżące na niej kurczaki bez głów. Święto kończy Kunungan, czyli dzień w którym duchy wracają w zaświaty.

Bardzo ciekawym świętem jest Nyepi, czyli Dzień Ciszy. Tego dnia wszystko na Bali się zatrzymuje. Balijczycy nie pracują, nie podróżują, nie rozmawiają, nie korzystają z internetu, a nawet nie jedzą. Nie działa też lotnisko. Panuje zakaz wychodzenia z domów, również dla turystów. Legenda głosi, że tego dnia na ziemię schodzą złe duchy. Gdy zobaczą Bali pogrążone w ciszy i mroku, pomyślą że wyspa jest niezamieszkała i zostawią ją w spokoju. 

Język - czy ja się dogadam?

Na Bali, praktycznie wszędzie porozumiesz się w języku angielskim. Wyspa głównie żyje z turystyki, w związku z tym dzieci od najmłodszych lat uczą się angielskiego. Jeśli trafisz na kogoś, kto nie mówi po angielsku (chociaż w turystycznych rejonach jest to praktycznie niemożliwe), na pewno Twój rozmówca zadba o znalezienie kogoś, kto pozwoli Wam się porozumieć. Balijczycy bardzo dobrze mówią po angielsku, a w dodatku są bardzo życzliwi i pomocni.

Aplikacje na telefon

Aby maksymalnie ułatwić sobie pobyt na Bali, najlepiej jest kupić kartę sim. W punkcie sprzedaży pomogą Wam ją zarejestrować (zabierzcie ze sobą paszport). Nie pamiętam dokładnie ile zapłaciliśmy ale na pewno nie więcej niż 20$ za internet z którego swobodnie korzystaliśmy przez ponad dwa tygodnie.

Aplikacje, które warto ściągnąć, to Grab i Gojek. Z ich pomocą zamówicie przejazd samochodem albo jeśli wolicie skuterem, czy zamówicie jedzenie nawet w środku nocy. Działa dobrze, jest w miarę tanio i w miarę szybko. :)

Jak poruszać się po Bali?

Na Bali nie ma transportu miejskiego, więc zdecydowanie życie ułatwiają wspomniane wcześniej aplikacje. Warto brać od kierowcy z którego usług korzystacie numer telefonu i na kolejny przejazd umówić się przez WhatsApp, zawsze wychodzi trochę taniej. 

Drugą opcją jest wynajęcie skutera. W internecie znajdziecie mnóstwo miejsc w których możecie to zrobić. Macie opcję wynajmu skutera, który ktoś Wam przywiezie w ustalone miejsce albo po prostu wypożyczenie na miejscu, oczywiście możecie też skorzystać z pomocy hotelu. Skutery są w przeróżnym stanie, dlatego koniecznie go sprawdźcie zanim zapłacicie. Dodatkowo polecam Wam zabranie ze sobą kasku, te dostępne w wypożyczalniach budzą dużo wątpliwości, jeśli chodzi o higienę jak i bezpieczeństwo, kaski raczej nie spełniają żadnych norm.

Podróżowanie po Bali skuterem, to super przeżycie, daje dużo więcej możliwości i doznań, jednak nie należy do najłatwiejszych, w szczególności w centrach miast. Ruch jest ogromny, lewostronny i rządzi się własnymi prawami. Do jazdy na skuterze musicie mieć międzynarodowe prawo jazdy na motor i oczywiście pamiętajcie o dobrym ubezpieczeniu, w szczególności, że w razie zdarzenia, policja rzadko kiedy przyznaje rację turyście. Miejcie też przy sobie zawsze dokumenty, podobno policja lubi wyciągać łapówki od turystów więc kontrole zdarzają się często.

Szczepienia

Oprócz szczepień na Covid (sprawdźcie przed wyjazdem jakie są zasady wjazdu do kraju), ja zaszczepiłam się dodatkowo na żółtaczkę, dur brzuszny, tężec, krztusiec i błonicę. Warto pomyśleć również o szczepieniu na wściekliznę - oprócz spotkań z małpami, po Bali chodzi mnóstwo bezdomnych psów, najczęściej są przekochane i niegroźne ale wiadomo, strzeżonego Pan Bóg strzeże...